Analizując fragmenty Granicy Zofii Nałkowskiej i odwołując się do całości
utworu, scharakteryzuj Zenona Ziembiewicza. Zwróć uwagę na przemianę,
jaka dokonała się w jego postawie.
Fragment 1.
W niecały miesiąc po polowaniu odbył się u Ziembiewiczów wielki raut,16 który
zgromadził najlepsze sfery towarzyskie17 miasta i okolicy i zbliżył społeczeństwo miejscowe
z nowymi władzami miejskimi. Nie tylko w zaprzyjaźnionej Niwie, ale i w obu pozostałych,
mniej ostatnio przychylnych Ziembiewiczowi, gazetach znalazł się opis szczegółowy tego
pamiętnego przyjęcia.[...]
Gdy w trzy miesiące później zaszły wiadome tragiczne wypadki, całe miasto odtwarzało
sobie w pamięci różne szczegóły tego wieczoru. Wspominano słowa mówione przez
prezydenta i jego żonę, ich zachowanie się i wygląd.
Wspomniano między innymi, że w tym dniu rozeszła się po mieście wiadomość
o zamknięciu huty i nowych aresztowanych między robotnikami. Ci zwłaszcza, którzy
późniejsze wypadki łączyli z zaburzeniami18
wśród zwolnionych pracowników huty,
utrzymywali, że wszystko zaczęło się tego wieczoru. Mówiono, że niepokój prezydenta był
widoczny, a we wzroku taiła się
19 zapowiedź nadchodzącego nieszczęścia.
Ziembiewicz istotnie był niespokojny. Mimo wzrastającej popularności praca jego
nie była wolna od troski. Od początku Zenon wykazywał na swym stanowisku dużą
inicjatywę, miasto zmieniało swój wygląd z dnia na dzień. Jeszcze wczesną wiosną,
uzyskawszy w stolicy obietnicę pożyczki, Ziembiewicz przystąpił do budowy domów
na Chązebiańskim Przedmieściu.. W tym czasie przeprowadził też remont walącego się
budynku starej cegielni, gdzie mieli swe brudne koszarowe legowiska bezdomni.
Uporządkowanie wybrzeża nad rzeką było od dawna zagadnieniem nie do rozwiązania.
Na tym pięknym miejscu nadbrzeżnym, korzystając z zachowanych jeszcze gdzieniegdziestarych drzew, założono park, a w nim pijalnię mleka dla dzieci, korty tenisowe, place do gry
w koszykówkę i siatkówkę. Dochód z tych terenów, wynajętych przez trzy miejscowe
towarzystwa sportowe, zapowiadał się większy niż z dawnej dzierżawy. Śródmieście zyskało
wyspę zieleni, a bezrobotni zajęcie przez ciąg letnich miesięcy.
Pisma pełne były o tym czasie szczegółów z podjętej przez Ziembiewicza działalności
i pochwał dla nowego zarządu miasta. W ostatnich jednak miesiącach nastrój się zmienił.
Jeszcze przed nastaniem jesieni nagle przerwano roboty przy budowie domów robotniczych,
gdyż fundusze, na które Ziembiewicz liczył na pewno, zostały cofnięte w związku z ogólną
polityką oszczędnościową rządu. Mury wyprowadzone prawie pod dach stały jak ruina,
zawiedzeni robotnicy, utraciwszy niespodzianie pracę, domagali się niewypłaconych
pieniędzy.
Dla Zenona przyszedł niedobry czas. Budził się teraz wcześniej niż Elżbieta i w mroku
zimowego rana leżał bez ruchu, ociągając się z powrotem do jawy.
Małomówny, skupiony, gdy byli sami, między ludźmi Zenon zmieniał się po prostu
w oczach. Stawał się zbyt wesoły, przybierał różne miny, ani przez chwilę nie był spokojny.
Raptownie,20 niby nagle sobie o tym przypominając, zapinał lub odpinał guzik marynarki,
podnosił ramiona. Było w tym coś więcej niż niepokój, była niepewność wobec świata,
niezgoda na siebie.
Było widoczne, jak sam się męczy. Że niby nic sobie z nikogo nie robiący, w istocie
chce sprawić, by ludzie myśleli o nim co innego, niż myślą, że chce na nich coś wymóc albo
czymś ich przejednać.
21
Fragment 2.
Tego wieczoru z dołu od zmarzniętej rzeki szedł wiatr. Ziembiewicz stąpał ostrożnie.
Poły futra rozwiewały mu się na kolanach. Z pochyloną głową szedł uparcie. Miał jeszcze
wstąpić do biura, gdzie czekali na niego.
Samochód ciemny stał niedaleko za rzeką. Ruszyli prędko w stronę miasta.. Dojechali
do rogu Świętojańskiej; gdy mieli skręcić, policjant dał znak szoferowi. Ziembiewicz
otworzył drzwiczki, policjant salutując objaśnił, że plac Narodowy i dojazd do magistratu22
zajęty jest przez tłum, że przejechać nie można. Zenon kazał stanąć za murem kościoła. Małą
uliczką przedostał się na boczny plac przed wejście narożne. Oszklone drzwi były zamknięte,
wewnątrz panowała ciemność. W chwili gdy zbliżał się do nich, od ulicy ukazała się grupa
ludzi idących szybko w stronę magistratu. Zenon spiesznie wszedł na stopnie.
Fragment 3.
Po owym wieczorze i strzałach na placu przed ratuszem nastały dni niedobrej ciszy.
Ziembiewicz całymi dniami przebywał teraz w biurze albo wyjeżdżał z domu, gnany
swym niepokojem. W mieście zaczynano mówić, że rozkaz użycia broni wydany został
za sprawą Ziembiewicza. Istotnie, pierwsze strzały padły owego wieczoru w chwilę po jego
przyjeździe. Naprawdę jednak sprawa zdecydowała się już przedtem, była gotowa zanim
przyjechał.[...]
Był blady, przez ostatnie dni zaostrzył mu się nos i koło ust zrobiły dwie fałdy.
– Co robisz? – spytał.
– Znów są te kartki – powiedziała [Elżbieta] nie pokazując mu ich zresztą. Ale wziął je
ze stołu sam.
– Teraz każdy zrzuca z siebie odpowiedzialność. Albo ja wiem, kto pierwszy strzelał? Tego
się nigdy nie wie. Rzecz zawsze tak samo wygląda: tłum jest niewinny, bo nie mamy dla nichtej pracy. A kto jest winny, nie wiem i nie czuję się w tej chwili dość dobrze usposobiony, by
to z tobą rozważać.
– Zenonie – powiedziała – ja wiem, że się męczysz. Ale tak nie powinieneś mówić…[...], ty
nie widzisz tego, ty zapomniałeś. Ale wszystko, czego nie chciałeś, jest teraz po tej samej
stronie co ty.
– Może chcesz znowu coś powiedzieć o miłości, którą należy się rządzić, o „drugim
człowieku” – tak?
– Nie, chodzi o to, że musi coś przecież istnieć. Jakaś granica, za którą nie wolno przejść,
za którą przestaje się być sobą.
– Granica – mruknął i wzruszył ramionami. – Granica. – Roześmiał się.